Zima zawsze była dla mnie czasem czytania książek.Tym razem nic nie czytam, przeglądam stosy książek, zawsze jest jakiś zapas, poszukuję tej magicznej chwili pierwszego zdania i nic.
Chyba wiem, poszukuję w książkach, gazetach, historii której tam nie ma - mojej własnej historii. Tą historię muszę dopiero napisać.Wierzę mocno w równowagę tego co z góry ustalone z tym, co kreuje się za pomocą naszej siły sprawczej.
Zachować równowagę - czasem oznacza to obserwację, na przykład chmur na niebie, albo kołyszących się na wietrze drzew, robienie miejsca na twórcze myśli i obrazy.
W odpowiedniej chwili, zachować równowagę oznacza działanie.Czas, którego nie da się wypełnić ciekawą książką.
Niepokój, który jak niewidzialna ręka prowadzi we właściwym kierunku. Czuję to prowadzenie, słyszę szept domu, jakaś tajemnica przyszłości mnie nawiedza.
.
poniedziałek, 18 marca 2013
wtorek, 11 września 2012
wspomnienia z obozu naturalsów
W połowie sierpnia wspólnie z Andrzejem
Makacewiczem zorganizowaliśmy w Karpnie
obóz jeździecki JNBT.
Mija właśnie miesiąc po skończonym obozie a wciąż nachodzą przemyślenia, które kreują się głównie podczas pracy z końmi.
Jak często powtarza Andrzej, natural jest drogą
bez odwrotu i to się potwierdza. Mimo, że od wielu lat pracuję z końmi, uczę
się na nowo przy koniu stać, poruszać, patrzeć.
W codziennej pracy i zabawie z
koniem najtrudniej chyba jest mi ocenić postęp. Każdego dnia zaskakuje mnie jak
szybko uczy się koń.
Co się kłębi w końskim łbie od jednego ze mną spotkania do
drugiego, że trudności znikają same ? To dodaje skrzydeł, ale czy coś
rzeczywiście osiągnęłam ? Zabieram konia na spacer, pokazuję wzrokiem – właź na
tą skarpę, koń idzie. Niby nic, wciąż jesteśmy daleko od wysokiej sztuki
ujeżdżenia. Jednak moment podjęcia decyzji przez konia, zgodnej z moją sugestią, jest dowodem komunikacji i zrozumienia.
To naprawdę wspaniałe uczucie.
Andrzej Makacewicz dał swoim studentom
genialny w swojej prostocie model : zaufanie, szacunek, dominacja. Trzy równe fragmenty układanki w pracy z
koniem.
W konfiguracji takiej, że każdy koń jest inny, jego i nasze tempo
uczenia różne, zaufanie i jego brak, wcześniejsze doświadczenia konia o których
nie wiemy i wiele innych czynników, które tworzą nieskończenie wiele
sytuacji, prosty model się komplikuje.
Pocieszam się, że praktyka czyni
mistrza i o ile życia starczy, rozwikłam zagadkę modelu na trzy.
Jak na razie zrozumiałam jedno :
Andrzej mówi że SZACUNKU od konia
wymaga.
W moim odczuciu na szacunek konia trzeba sobie zasłużyć. Mieć w
sobie spokój, pewność siebie i wiele
innych pozytywnych cech. No i jeszcze
przydałby się orient. Poza orientem z którym się człowiek rodzi i wtedy jest
łatwiej, nad pozostałymi cechami trzeba pracować, zanim się po szacunek do
końskiego boksu włazi. Bo konia nie oszukasz a jak nie masz szacunku to
niestety ( dla konia) rodzi się agresja. A koń agresji nie szanuje, tylko
ucieka a w ostateczności atakuje.
Inaczej jest z dominacją. Poza
końmi dzikimi i wyjątkami, nasze poczciwe osiołki zdominować nie trudno, w
człowieku jest potrzeby dominacji bardzo dużo i łatwo nam to przenieść na
relację z koniem.
I jak już nic nie wychodzi to
wracamy do modelu Andrzeja, żeby sprawdzić ile czego miało być, ponieważ na
samej dominacji prawdziwy naturals daleko nie zajedzie. Chodzi przecież o coś
więcej.
Wracając do letniego obozu, poza końmi ważni są ludzie.
Obserwowałam z zainteresowaniem
dynamikę stada uczestników obozu i chciał nie chciał miałam w dynamice swój
udział. Najwięcej się człowiek uczy od trudnych osobników. Dotyczy to zarówno
koni jak i ludzi.
Poza planowymi zajęciami z końmi
na round pennie, z ziemi z siodła i w terenie, uczestnicy obozu nie marnowali
czasu.
Były zajęcia z jogi o świcie nad
jeziorem, wieczorne pławienie koni, wyjazdy w małych grupach na galopy, śpiewy
przy pianinie, relaks w ruskiej bani i nocne zaleganie pod barem. Tam zwłaszcza
była okazja pojąć trudną sztukę życia z końską pasją. Tam tez można było
załapać trochę orientu.
Jako organizator mogę powiedzieć, że
„naturalsi „ to fantastyczni ludzie.
Było nas ponad 30 osób z końmi
własnymi i pożyczonymi z Ośrodka w Karpnie.
Przebywanie z końmi na co dzień,
zwłaszcza na pięknych terenach Pojezierza Drawskiego, dostarcza życiu wielu
niezwykłych doświadczeń, ale wyjazdów w teren 30 koni na kantarach, nie zapomnę
nigdy.
Zapamiętam konie zrelaksowane
jakby były na pastwisku w stadzie, swobodne galopy na ogromnych, otwartych
przestrzeniach łąk. Konie, których problemy rozwiązały się same. Tylko pozwolić
im być najpierw koniem, potem wierzchowcem.
Przez te kilka dni koń stał się
towarzyszem człowieka w pracy i zabawie. Pod tym względem wszyscy cofnęliśmy
się w czasie lub nawet w inną rzeczywistość. Może w tym tkwi tajemnica
ogromnego sukcesu obozu ?
Poznając ludzi zainteresowanych naturalnymi
metodami pracy z koniem, czuję, że dzieje się coś ważnego. Dostajemy do ręki
narzędzie do codziennej pracy w różnych stajniach w całej Polsce. Potem okazuje
się, że oglądam ludzi z obozu na oficjalnych imprezach końskich, jak pokazują
fantastyczne rezultaty pracy ze swoimi
końmi. To daje poczucie przynależności do ruchu, który rozwija się i ma sens.
Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy.
środa, 28 marca 2012
to tylko wiatr.
Co za dzień. Taniec nieokiełznanej energii.
Obudziło mnie wcześnie.
Obudziło, zdecydowanie. Mam to uczucie czasami, że coś mnie budzi, jakby myśl przewodnia nowego dnia.
Wcześnie rano, zanim świat ruszy do boju, czuć w powietrzu taką świeżość doznań, czystą energię. Żadna inna pora dnia nie ma w sobie tyle, co wczesny poranek.
Pobiegłam nad jezioro, za mną stado psów.
Już od paru dni wstaję wcześnie i biegnę nad jezioro. Nacieszyć się ostatnimi chwilami samotności. Zmiany idą, wprowadzają się sąsiedzi.Dla mnie jest to równoznaczne z zamknięciem bardzo pięknego, wzbogacającego rozdziału.
Od wielu dni się tym zamartwiałam.
Drzewa, pusta droga, przestrzeń, światło, woda,historia ludzi, którzy kochali to miejsce przede mną.Dziewiczość.Oszałamiające piękno.
Idąc od strony pastwiska dom otoczony jest świerkami, jakby wyspa. Zawsze się tak tu czułam.
Aż dziś zrozumiałam, że czasem kocha się po to tylko, by cierpieć.
Nikt w kogo nie wrosło miejsce z korzeniami, nie zrozumie pustki rozstania.
Ale o to chodzi właśnie. Dostawać i oddawać. Zakorzeniać i wyrywać.
Czasem przechodząc obok tego miejsca, myślałam, co za szczęściarze tu mieszkają.
By zaraz potem uświadomić sobie, przecież to ja tu mieszkam.
To miejsce, gdzie będąc zawsze na miejscu, codziennie wyrusza się w podróż.Zabiera Cię wiatr w ogromnych drzewach, fale na jeziorze, galopujące konie, przestrzeń i zapach trawy. I jeszcze rozbudzona wyobraźnia.
Po moim planowym biegu w zdłóż jeziora, okazało się, że konie uciekły z pastwiska, ganiając za nimi resztkami sił, śmiałam się z siebie i tych moich wcześniejszych biegów dla przyjemności.
Koń stworzon do biegania, jak ptak do latania.
A potem z nad mgły, za jeziorem pokazało się słońce.
Z tego piękna, wykąpałam się w lodowatej wodzie.
Wyskoczyłam czerwona z wody, czując się jak bohater, wojownik jeziorny ! Nie było dziś na mojej drodze osoby, która by mogła skrzywdzić mnie spojrzeniem, słowem, czynem nawet. Przebiegłam przez dzień, jakby po grzbietach fal. Niesiona lekko ich siłą, z prądem, dynamicznie i radośnie !!
Jest wieczór.
Człowiekowi, mimo poczucia przynależności do świata natury, trudno jest okiełznać jej siłę.
Po pędzącym, pracowitym dniu, podjechałam pod dom, z samochodu obserwowałam, co wiatr wyprawia z drzewami.
Coś we mnie pękło wtedy. Zrozumiałam utratę mojego teraźniejszego świata. Jej realną nieuchronność.
Wyrywane z korzeniami zrealizowane marzenia.
Szloch, histeria z najgłębszego wnętrza.
Ale tak ma być, tak jak się wszystko rodzi w przyrodzie i umiera, dając miejsce nowemu, tak człowiek, poddany prawom natury, tworzy w sobie miejsce na coś, co potem musi utracić.
Respektuję te prawa. Nareszcie zrozumiałam. Już chyba mogę stąd odejść.
Słysząc na zawsze wołanie jeziora, będę robić w sobie miejsce na nowe. I nasłuchiwać....zawsze....
Wiatr miesza człowiekowi w głowie, może to tylko to ?
Obudziło mnie wcześnie.
Obudziło, zdecydowanie. Mam to uczucie czasami, że coś mnie budzi, jakby myśl przewodnia nowego dnia.
Wcześnie rano, zanim świat ruszy do boju, czuć w powietrzu taką świeżość doznań, czystą energię. Żadna inna pora dnia nie ma w sobie tyle, co wczesny poranek.
Pobiegłam nad jezioro, za mną stado psów.
Już od paru dni wstaję wcześnie i biegnę nad jezioro. Nacieszyć się ostatnimi chwilami samotności. Zmiany idą, wprowadzają się sąsiedzi.Dla mnie jest to równoznaczne z zamknięciem bardzo pięknego, wzbogacającego rozdziału.
Od wielu dni się tym zamartwiałam.
Drzewa, pusta droga, przestrzeń, światło, woda,historia ludzi, którzy kochali to miejsce przede mną.Dziewiczość.Oszałamiające piękno.
Idąc od strony pastwiska dom otoczony jest świerkami, jakby wyspa. Zawsze się tak tu czułam.
Aż dziś zrozumiałam, że czasem kocha się po to tylko, by cierpieć.
Nikt w kogo nie wrosło miejsce z korzeniami, nie zrozumie pustki rozstania.
Ale o to chodzi właśnie. Dostawać i oddawać. Zakorzeniać i wyrywać.
Czasem przechodząc obok tego miejsca, myślałam, co za szczęściarze tu mieszkają.
By zaraz potem uświadomić sobie, przecież to ja tu mieszkam.
To miejsce, gdzie będąc zawsze na miejscu, codziennie wyrusza się w podróż.Zabiera Cię wiatr w ogromnych drzewach, fale na jeziorze, galopujące konie, przestrzeń i zapach trawy. I jeszcze rozbudzona wyobraźnia.
Po moim planowym biegu w zdłóż jeziora, okazało się, że konie uciekły z pastwiska, ganiając za nimi resztkami sił, śmiałam się z siebie i tych moich wcześniejszych biegów dla przyjemności.
Koń stworzon do biegania, jak ptak do latania.
A potem z nad mgły, za jeziorem pokazało się słońce.
Z tego piękna, wykąpałam się w lodowatej wodzie.
Wyskoczyłam czerwona z wody, czując się jak bohater, wojownik jeziorny ! Nie było dziś na mojej drodze osoby, która by mogła skrzywdzić mnie spojrzeniem, słowem, czynem nawet. Przebiegłam przez dzień, jakby po grzbietach fal. Niesiona lekko ich siłą, z prądem, dynamicznie i radośnie !!
Jest wieczór.
Człowiekowi, mimo poczucia przynależności do świata natury, trudno jest okiełznać jej siłę.
Po pędzącym, pracowitym dniu, podjechałam pod dom, z samochodu obserwowałam, co wiatr wyprawia z drzewami.
Coś we mnie pękło wtedy. Zrozumiałam utratę mojego teraźniejszego świata. Jej realną nieuchronność.
Wyrywane z korzeniami zrealizowane marzenia.
Szloch, histeria z najgłębszego wnętrza.
Ale tak ma być, tak jak się wszystko rodzi w przyrodzie i umiera, dając miejsce nowemu, tak człowiek, poddany prawom natury, tworzy w sobie miejsce na coś, co potem musi utracić.
Respektuję te prawa. Nareszcie zrozumiałam. Już chyba mogę stąd odejść.
Słysząc na zawsze wołanie jeziora, będę robić w sobie miejsce na nowe. I nasłuchiwać....zawsze....
Wiatr miesza człowiekowi w głowie, może to tylko to ?
środa, 21 marca 2012
jedną nogą w oriencie.
Jestem w zachwycie nad życiem.
Wychodzę na drogę, nogi same mnie niosą nad rzekę. Od doliny tchnienie zimniejszego powietrza.
Gołe pastwiska, pokryte suchą trawą, marcowe słońce złapane w nagie gałęzie drzew.
Wzięłam ze sobą ipoda, ale muzyka tym razem nie jest potrzebna.
Taniec żywiołów przenika mnie tak, jak promienie słońca prześwitują przez drzewa w lesie.
Tak, zachwyca mnie lekkość chodu, prostota wydarzenia, jakim jest długi spacer o zachodzie słońca.
I wiele, wiele więcej : niezależność mojego psa, przy całym naszym emocjonalnym uzależnieniu, jego pasja pokonywania przestrzeni, byle szybciej pod górę. Zapach rozmarzającej ziemi, stada saren na polu.Wiatr.
Harmonia tych elementów przestrzeni.
Idąc łatwiej się myśli.
Ostatnie wydarzenia przyniosły ważne przemyślenia, poczułam połączenie mojego małego podwórka z tym dużo większym. Przyjazd podróżnika zbliżył dwa światy.
Kiedyś czułam, że do pełni egzystencji kobiety mieszkającej na wsi, potrzebuję doświadczyć osobiście życia kobiet w Afryce na przykład.
Ten głód niewiedzy, jak TAM jest stawiał mnie przeciwko sobie samej.Jedną nogą na wiejskim polu, drugą w jakimś oriencie.
Oczywiście, tęsknota podróży mnie nie opuszcza, jak się to raz zasiało, rośnie jak chwast i czasem dusi niemiłosiernie.
Jednak pewniej stoję obiema nogami w polu.A gdybym miała stąd wyjechać to wyjadę.
Uświadomiłam sobie znów, prawdę zapomnianą, że zabrać ze sobą, niezależnie jak daleko, można tylko to - co się ma w sobie.
A więc jest robota do zrobienia.
Na przykład oswoić powtarzalność. U mnie powtarzalność czynności wywołuje jakiś bunt, dlatego nigdy nie będę miała porządku wokół siebie. Chociaż wszystkim wiadomo, że w porządku lepiej się pracuje, czyta, pisze i zwłaszcza przyjmuje gości.
A coś mi mówi, że w wypełnianiu dni prostymi czynnościami można prawdziwie kontrolować czas.
Wracając w stronę domu posiedziałam chwilę ze stadem koni na łące.
Spokojne, aż bezmyślnie jakby, upływa im czas. Parę razy zerwały się do galopu wokół mnie. Piękne, dzikie, na swoim miejscu.
Jak ja ?
Po długim spacerze się albo pięknieje, albo mądrzeje. A może jedno i drugie ? Tam, wewnątrz. wywiewa wszystkie niepotrzebne, głupie myśli
Może by nawet posprzątać ?
Wychodzę na drogę, nogi same mnie niosą nad rzekę. Od doliny tchnienie zimniejszego powietrza.
Gołe pastwiska, pokryte suchą trawą, marcowe słońce złapane w nagie gałęzie drzew.
Wzięłam ze sobą ipoda, ale muzyka tym razem nie jest potrzebna.
Taniec żywiołów przenika mnie tak, jak promienie słońca prześwitują przez drzewa w lesie.
Tak, zachwyca mnie lekkość chodu, prostota wydarzenia, jakim jest długi spacer o zachodzie słońca.
I wiele, wiele więcej : niezależność mojego psa, przy całym naszym emocjonalnym uzależnieniu, jego pasja pokonywania przestrzeni, byle szybciej pod górę. Zapach rozmarzającej ziemi, stada saren na polu.Wiatr.
Harmonia tych elementów przestrzeni.
Idąc łatwiej się myśli.
Ostatnie wydarzenia przyniosły ważne przemyślenia, poczułam połączenie mojego małego podwórka z tym dużo większym. Przyjazd podróżnika zbliżył dwa światy.
Kiedyś czułam, że do pełni egzystencji kobiety mieszkającej na wsi, potrzebuję doświadczyć osobiście życia kobiet w Afryce na przykład.
Ten głód niewiedzy, jak TAM jest stawiał mnie przeciwko sobie samej.Jedną nogą na wiejskim polu, drugą w jakimś oriencie.
Oczywiście, tęsknota podróży mnie nie opuszcza, jak się to raz zasiało, rośnie jak chwast i czasem dusi niemiłosiernie.
Jednak pewniej stoję obiema nogami w polu.A gdybym miała stąd wyjechać to wyjadę.
Uświadomiłam sobie znów, prawdę zapomnianą, że zabrać ze sobą, niezależnie jak daleko, można tylko to - co się ma w sobie.
A więc jest robota do zrobienia.
Na przykład oswoić powtarzalność. U mnie powtarzalność czynności wywołuje jakiś bunt, dlatego nigdy nie będę miała porządku wokół siebie. Chociaż wszystkim wiadomo, że w porządku lepiej się pracuje, czyta, pisze i zwłaszcza przyjmuje gości.
A coś mi mówi, że w wypełnianiu dni prostymi czynnościami można prawdziwie kontrolować czas.
Wracając w stronę domu posiedziałam chwilę ze stadem koni na łące.
Spokojne, aż bezmyślnie jakby, upływa im czas. Parę razy zerwały się do galopu wokół mnie. Piękne, dzikie, na swoim miejscu.
Jak ja ?
Po długim spacerze się albo pięknieje, albo mądrzeje. A może jedno i drugie ? Tam, wewnątrz. wywiewa wszystkie niepotrzebne, głupie myśli
Może by nawet posprzątać ?
środa, 14 marca 2012
posłaniec
" Kakela”
I am just a fragment. Who knows where this fragment comes from.
What am I ? With this question humans travel through life.
Why go so many places? Why tirelessly keep going until death?
Why always look for new people, new experiences…?
Because I want to know…. what I am. I wanted to understand…. very deeply.
Before becoming a fragment, you and me were one ?
Before becoming a fragment, sky and me were one ?
Before becoming a fragment, sea and me were one ?
Awakened people said to me,
Do not search outside, look in. Truth is inside of you.
That’s why I put a ladder inside to go in myself one step at a time.
This is the beginning of butoh.
But I keep on dancing, that means I meet new people, I have new experienceEven though awakened people said sit still and look inside.
I really want to meet you, I want to meet sea, I want to meet sky, I want to meet light.
…May be I just wanted to know what I am.
But this dire need to meet new people, new things.
I am a fragment, not perfect, a broken piece.
I’m a dreamer of life that’s why this need to meet.
Million billion years ago, we were just one thing….
Od dawna było mi trzeba tego fragmentu.
I zjawił się posłaniec.
Kiedy ciało jest słabe- wzmocnij je.
Kiedy duch jest niespokojny - wycisz go.
Kiedy potrzeba ci światła - rozjaśnij mrok.
Kiedy brakuje czasu - zatrzymaj się.
Kiedy nie widzisz - popatrz po prostu.
Kiedy potrzebujesz pomocy- zawołaj.
Głośno, szeptem.
moc, która jest w tobie, przyjdzie z pomocą.
Po to jesteśmy.
By rozwijać skrzydła na wietrze.
Zagubić się w ciszy.
Odnaleźć w skupieniu.
Kołysać monotonnie codzienność.
W sobie tylko znanym, unikalnym rytmie.
Tak niewiele trzeba.
Trochę tak, jakby anioł zwalił mi się na głowę.:)
I am just a fragment. Who knows where this fragment comes from.
What am I ? With this question humans travel through life.
Why go so many places? Why tirelessly keep going until death?
Why always look for new people, new experiences…?
Because I want to know…. what I am. I wanted to understand…. very deeply.
Before becoming a fragment, you and me were one ?
Before becoming a fragment, sky and me were one ?
Before becoming a fragment, sea and me were one ?
Awakened people said to me,
Do not search outside, look in. Truth is inside of you.
That’s why I put a ladder inside to go in myself one step at a time.
This is the beginning of butoh.
But I keep on dancing, that means I meet new people, I have new experienceEven though awakened people said sit still and look inside.
I really want to meet you, I want to meet sea, I want to meet sky, I want to meet light.
…May be I just wanted to know what I am.
But this dire need to meet new people, new things.
I am a fragment, not perfect, a broken piece.
I’m a dreamer of life that’s why this need to meet.
Million billion years ago, we were just one thing….
Od dawna było mi trzeba tego fragmentu.I zjawił się posłaniec.
Kiedy ciało jest słabe- wzmocnij je.
Kiedy duch jest niespokojny - wycisz go.
Kiedy potrzeba ci światła - rozjaśnij mrok.
Kiedy brakuje czasu - zatrzymaj się.
Kiedy nie widzisz - popatrz po prostu.
Kiedy potrzebujesz pomocy- zawołaj.
Głośno, szeptem.
moc, która jest w tobie, przyjdzie z pomocą.
Po to jesteśmy.
By rozwijać skrzydła na wietrze.
Zagubić się w ciszy.
Odnaleźć w skupieniu.
Kołysać monotonnie codzienność.
W sobie tylko znanym, unikalnym rytmie.
Tak niewiele trzeba.
Trochę tak, jakby anioł zwalił mi się na głowę.:)
wtorek, 27 grudnia 2011
święta
Jeśli człowiek tu na ziemi może dotknąć czegoś świętego, coraz bardziej wierzę, że najłatwiej w wigiijną, świętą noc.
Jak wieku ludzi, unikam amoku przedświątecznych zakupów, mikołajków z melodyjką, esemesów z gotowymi wierszykami, których nie czytam, ale osobę, która je wysłała wrzucam do wspólnego kosza dobrych, swiątecznych zdarzeń.
W tym roku nie dałam się wciągnąć, zakupów nie zdążyłam, jadłospisu nie zaplanowałam, wyszło jak wyszło.
Włączyłam pastorałki i naplotłam kilka świątecznych wieńców. Daglezja, sosna, świerk, modrzewiowe szyszki, berberys, bogactwo okolicznej przyrody. I to wzruszenie nagłe, skąd się to bierze ?
Może to ,że " bydlęta klękają ", ten obraz , że zwierzę może z szacunku przed człowiekiem przyklęknąć, jest mi szczególnie bliski, pracując z końmi na co dzień, jest do pewien ideał do osiągnięcia.
Przed Człowiekiem - Bogiem, nasza wartość we wszechświecie nie została jeszcze określona, codzienny trud tworzenia trwałych więzi ludzkich,być może jest przejawem boskiej strony człowieczego bytu.
Opłatek na talerzu z sianem, symbol dla ateisty, dla mnie co wierzy we wszystko, ( nawet hokus-pokus i abra kadabra) , tajemnica, pochylając się nad nią, dlaczego nie potrafiłam przekazać życzeń komuś, dla kogo mam życzeń najwięcej ?
No i Ci, którzy odeszli. Jak o nich nie pamiętać, zostawiając dodatkowe nakrycie. Przecież nie przyjdzie zbłąkany wędrowiec, przyjdą Oni, ogrzać się na chwilę ciepłem ludzkiego wzruszenia.
Jest taki Pan. Dla wielu typ, co skutecznie wojuje na rynku azjatycko - europejskim, dla wielu - utopijny poszukiwacz moralnego ładu w firmie, a nawet ojczyźnie.Dla mnie - ten co ją kocha.Ona, wystarczy, że rozłoży niebieskie skrzydła, już jest aniołem na szybie.
W te święta uciekli do Paryża, by w anonimowości wspaniałego miasta, zagubić się ze wspomnieniami świąt, kiedy jeszcze był z nimi EDWARD.
EDWARD jest tatą niebieskoskrzydłego Anioła. Odszedł nagle i po cichu,zostawiając Anioła z połamanymi skrzydłami.
Tuż przed świętami Pan i Anioł z Mamą, zarezerwowali w Paryżu przypadkowy hotel, by na miejscu dowiedzieć się o już nie przypadkowej restauracji.
W restauracji, która wymaga wcześniejszej rezerwacji, znalazł się o dziwo stolik dla Pana i jego najbliższych.
O Aniele, nie podtrzymuj w smutku łysej głowy, czy nie zastanawia Cię, że już późno a w tej przepełnionej restauracji stolik obok wciąż stoi pusty ?
A któż to zarezerwował i nie przyszedł ?
A skąd wiadomo, że nie przyszedł ?
Najważniejsze, pozostaje dla człowieka ukryte.No chyba, że w Święta.....
Przyjdzie dzień, kiedy zapytam Ją, jakie to uczucie, zatrzymać się na granicy wiary w wigilijny cud ?
Dziękuję Panu za Opowieść Wigilijną.
"Wszyscy kiedyś przeminiemy, ale zanim odejdziemy, zostawimy tu na ziemi, swych uczynków trwały ślad...."
http://www.youtube.com/watch?v=Sfz3cHpamdc
Jak wieku ludzi, unikam amoku przedświątecznych zakupów, mikołajków z melodyjką, esemesów z gotowymi wierszykami, których nie czytam, ale osobę, która je wysłała wrzucam do wspólnego kosza dobrych, swiątecznych zdarzeń.
W tym roku nie dałam się wciągnąć, zakupów nie zdążyłam, jadłospisu nie zaplanowałam, wyszło jak wyszło.
Włączyłam pastorałki i naplotłam kilka świątecznych wieńców. Daglezja, sosna, świerk, modrzewiowe szyszki, berberys, bogactwo okolicznej przyrody. I to wzruszenie nagłe, skąd się to bierze ?
Może to ,że " bydlęta klękają ", ten obraz , że zwierzę może z szacunku przed człowiekiem przyklęknąć, jest mi szczególnie bliski, pracując z końmi na co dzień, jest do pewien ideał do osiągnięcia.
Przed Człowiekiem - Bogiem, nasza wartość we wszechświecie nie została jeszcze określona, codzienny trud tworzenia trwałych więzi ludzkich,być może jest przejawem boskiej strony człowieczego bytu.
Opłatek na talerzu z sianem, symbol dla ateisty, dla mnie co wierzy we wszystko, ( nawet hokus-pokus i abra kadabra) , tajemnica, pochylając się nad nią, dlaczego nie potrafiłam przekazać życzeń komuś, dla kogo mam życzeń najwięcej ?
No i Ci, którzy odeszli. Jak o nich nie pamiętać, zostawiając dodatkowe nakrycie. Przecież nie przyjdzie zbłąkany wędrowiec, przyjdą Oni, ogrzać się na chwilę ciepłem ludzkiego wzruszenia.
Jest taki Pan. Dla wielu typ, co skutecznie wojuje na rynku azjatycko - europejskim, dla wielu - utopijny poszukiwacz moralnego ładu w firmie, a nawet ojczyźnie.Dla mnie - ten co ją kocha.Ona, wystarczy, że rozłoży niebieskie skrzydła, już jest aniołem na szybie.
W te święta uciekli do Paryża, by w anonimowości wspaniałego miasta, zagubić się ze wspomnieniami świąt, kiedy jeszcze był z nimi EDWARD.
EDWARD jest tatą niebieskoskrzydłego Anioła. Odszedł nagle i po cichu,zostawiając Anioła z połamanymi skrzydłami.
Tuż przed świętami Pan i Anioł z Mamą, zarezerwowali w Paryżu przypadkowy hotel, by na miejscu dowiedzieć się o już nie przypadkowej restauracji.
W restauracji, która wymaga wcześniejszej rezerwacji, znalazł się o dziwo stolik dla Pana i jego najbliższych.
O Aniele, nie podtrzymuj w smutku łysej głowy, czy nie zastanawia Cię, że już późno a w tej przepełnionej restauracji stolik obok wciąż stoi pusty ?
A któż to zarezerwował i nie przyszedł ?
A skąd wiadomo, że nie przyszedł ?
Najważniejsze, pozostaje dla człowieka ukryte.No chyba, że w Święta.....
Przyjdzie dzień, kiedy zapytam Ją, jakie to uczucie, zatrzymać się na granicy wiary w wigilijny cud ?
Dziękuję Panu za Opowieść Wigilijną.
"Wszyscy kiedyś przeminiemy, ale zanim odejdziemy, zostawimy tu na ziemi, swych uczynków trwały ślad...."
http://www.youtube.com/watch?v=Sfz3cHpamdc
czwartek, 15 grudnia 2011
list
Ja to mam dobrze, grudniowe wieczory oferują mnóstwo czasu do zmarnowania. Trochę jest zawsze do posprzątania, ale tylko do momentu, gdy z książki wypadnie zapomniany list od Mężczyzny.
Wspominam, bez emocji, które były wtedy, list jest jednak dowodem kim byłam w tamtym czasie, w oczach innego człowieka w każdym razie.
Na szczęście ta historia warta jest wspomnień, a były również inne, nic nie warte.
Pomyślałam sobie, że czas, kiedy bez żalu odkładamy między książki wspomnienia szalonych miłosnych uniesień, braku snu z powodu listu, bujania w obłokach, jest naturalnym przejściem z młodości do dorosłości.
A więc dorosłość jednak się nam zdarza :)
List schowałam znów do przypadkowej książki, mimo, że nie ma już we mnie nic z jego Autora, jestem beznadziejnie sentymentalna i już się cieszę , że kiedyś wypadnie mi znów.
Ponieważ od jakiegoś czasu usiłuję kupić stary dom, do małej chatki pod lipami, gdzie mieszkam teraz zaczęłam zwozić z okolicznych "sztyndorowni" różne fantastyczne graty.
Uwielbiam wyszukiwać stare półki, dzbanki na mleko nie do kompletu, grafiki, doniczki, wszystko używane, z wymyśloną na prędce "duszą".
Dom marzenie jest duży, więc można już teraz zaszaleć z ilością starych gratów.
Właśnie dziś się okazało, że biurokracja urzędów i banku udaremni kupno. Ale o tym kiedy indziej.
Na razie zostaję z mnóstwem drobiazgów w jednym pokoju, który dokładnie rok temu wyglądał tak:
a dziś się już strasznie nagraciło i wygląda tak :
Ponieważ jak pisałam czasu grudniowego mam dużo, chyba się rozpędziłam w marzeniach.
Ale to mi daje siłę podjąć walkę z urzędnikami od jutra na nowo.
Wspominam, bez emocji, które były wtedy, list jest jednak dowodem kim byłam w tamtym czasie, w oczach innego człowieka w każdym razie.
Na szczęście ta historia warta jest wspomnień, a były również inne, nic nie warte.
Pomyślałam sobie, że czas, kiedy bez żalu odkładamy między książki wspomnienia szalonych miłosnych uniesień, braku snu z powodu listu, bujania w obłokach, jest naturalnym przejściem z młodości do dorosłości.
A więc dorosłość jednak się nam zdarza :)
List schowałam znów do przypadkowej książki, mimo, że nie ma już we mnie nic z jego Autora, jestem beznadziejnie sentymentalna i już się cieszę , że kiedyś wypadnie mi znów.
Ponieważ od jakiegoś czasu usiłuję kupić stary dom, do małej chatki pod lipami, gdzie mieszkam teraz zaczęłam zwozić z okolicznych "sztyndorowni" różne fantastyczne graty.
Uwielbiam wyszukiwać stare półki, dzbanki na mleko nie do kompletu, grafiki, doniczki, wszystko używane, z wymyśloną na prędce "duszą".
Dom marzenie jest duży, więc można już teraz zaszaleć z ilością starych gratów.
Właśnie dziś się okazało, że biurokracja urzędów i banku udaremni kupno. Ale o tym kiedy indziej.
Na razie zostaję z mnóstwem drobiazgów w jednym pokoju, który dokładnie rok temu wyglądał tak:
a dziś się już strasznie nagraciło i wygląda tak :
Ponieważ jak pisałam czasu grudniowego mam dużo, chyba się rozpędziłam w marzeniach.
Ale to mi daje siłę podjąć walkę z urzędnikami od jutra na nowo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

